Studiowanie na AWF w Krakowie było moim największym edukacyjnym marzeniem - wyzwaniem - czy też celem.
Połknąwszy gorycz porażki po nieudanym starcie rok temu, postanowiłam w tym roku dać na luz i spróbować jednak "na te zaoczne". Udało się. Cieszyłam się strasznie, aczkolwiek targały mną również wątpliwości jak ja sobie poradzę finansowo, skoro nie mam pracy, a SUM swoje kosztuje... No i wracać do nauki po roku przerwy jest trudniejsze, niż by się to mogło wydawać.
Podjęłam się narzuconego przez samą siebie tego wyzwania, dopingowana przez rodzinę i moją drugą połówkę i już po pierwszych kilku dniach byłam strasznie rozczarowana.
Rozczarowana tym, że przez ten rok przerwy stałam się abstakcyjnie aspołeczna (taka moja teoria) lub będę musiała te studia przebrnąć w samotności. Łudziłam się, że to tylko taka początkowa faza wylęgania się prawdziwych przyjaźni, ale teraz, w 4 miesiącu studiowania widzę, że NIC nie uległo poprawie.
Nie potrafię z nikim jakoś znaleźć dłuższego niż na jedną przerwę tematu, podsłuchując zaś mimowolnie rowmowy "kolegów" utwierdzam się w przekonaniu, że ja tam nie pasuję. Czuję się jak piąte koło u wozu i mam nieodparte wrażenie, że nikt by nie zauważył mojego zniknięcia, gdybym jednak zrezygnowała ze studiów.
Liczyć zawsze muszę tylko na siebie, wykładowcy jak na złość, każą sporo prac przygotowywać w 4-5 osobowych grupkach, a ja do żadnej z nich nie należę.
Miotam się tam i zawsze jadę na te studia jak na ścięcie, a wracam z nich ścięta jak choinka na święta.
Jedyne co rekompensuje mi te braki - to piękny Kraków. Ale nie mam go z kim zwiedzić, a samotnie nie mam na to najmniejszej ochoty.
Mimo niedokończonej "sprawy łokciowej" uparcie szukam pracy w zawodzie. Ostanio nawet byłam na rozmowie w sprawie pracy w Zakopanem. Rozmowa szła gładko, wizjonerskie plany przedstawione przez pana odpowiedzialnego za dobór personelu podobały mi się i widziałam jasną przyszłość tego miejsca i tej pracy aż do czasu...
... czułam, że miałam duże szanse (że tak nieskromnie powiem) na dostanie etatu w tym miejscu. Uczucie to rosło z każdą chwilą, aż do momentu, gdy uświadomiłam pana, że ja STU-DIU-JĘ.
Absolutnie natychmiastowo wypracowany przez poprzednie 23minuty entuzjam wyparował najdrobniejszymi porami w ścianach i podłodze i kolejne 2 minuty panowała niezręczna atmosfera, gęsta tak, że siekiery (ciupagi) można było nań wieszać.
Co ciekawe, podjęcie studium dietetycznego nie stanowiłoby dla tego pana żadnej przeszkody, więc chyba nie rozumiem o co tutaj tak naprawdę chodzi?
Z upływem kolejnego dnia tego roku zaczynam żałować, że zachciało mi się spełniać marzenie o studiach w wymarzonym mieście.
Z utratą pracy w TYM miejscu niejako się pogodziłam - ponieważ początek roku będzie należał do trudniejszych - w styczniu czeka mnie operacja wyjęcia drutów stabilizujących wyrostek łokciowy, natomiast w lutym kolejny 14-dniowy zjazd.
Szlag mnie trafia, krew się gotuje, bo czuję, że się marnuję. Tylko nie wiem, czy na tych studiach, czy na bezrobociu.
Kolejną dobijającą mnie sprawą jest, że owszem, być może byłaby praca dla mnie w miejscu, gdzie będąc na studiach dorabiałam sobie na swoje wydatki. Jest jednak "ALE" - muszę założyć swoją działalność.
Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że żyjemy w Polsce. Kraju, w którym podatki od firm są tak wysokie, że zniechęcające do zakładania ich, lub co najmniej OSZUKIWANIA, celem nazbierania jak największej ilości pieniędzy.
Tak wiem, przez pierwsze 2 lata mam zniżkę i płacę tylko 300zł. Plus ubezpieczenie, podatki - sratki. Ja chcę pracować jak najdłużej, a nie kombinować po jakimś czasie "jak tu obejść państwowego złodzieja i wyjść na tym najlepiej".
Zrozumcie wreszcie pracodawcy!
Studia nie są żadną przeszkodą, tylko podnoszeniem kwalifikacji, których od nas WYMAGACIE !
Jestem młodą osobą, mam swoje marzenia i cele, więc czemu to jest takie trudne?
:(
Na koniec, zapodam najbardziej relaksującą muzykę świata.
Początek letniej jesieni obfitował w kilka zmian w życiu.
Przede wszystkim, skończył się staż i jak to zwykle bywa, nie podpisano ze mną umowy. Były łzy, dobre słowa i uściski. Przynajmniej wiem, że mnie tam dobrze zapamiętają i obiecałam wpadać do nich od czasu do czasu. (Zrobiłam to już 2x ;) )
Trafiła mi się później „fucha”, harowałam 2 tygodnie, po 25masaży dziennie z przerwami na umycie rąk… Ale były później pieniądze, których trzeba, jak zawsze.
Prosto z fuchy pojechałam na 14 dni do Krakowa, na zjazd. Zajęcia trwały od rana do wieczora, nowe znajomości wyjątkowo opornie się zawiązywały, ale może to i lepiej, bo okażą się być trwalsze?
Po zelżeniu rozkładu zajęć, umówiłam się na kawusię z Izką :), na którą nie dotarłam, gdyż miałam wypadek…
…przewróciłam się na śliskich schodach i od razu poczułam, że z moim łokciem jest coś nie tak. Zrobiło mi się niedobrze – to adrenalina starała się blokować uczucie bólu.
W szpitalu dziecięcym na Prokocimiu na moją prośbę podano mi adres szpitala, w którym by mnie przyjęli oraz instrukcje jak dojechać. Jechałam przez cały Kraków z coraz bardziej puchnącą ręką, przepełniona złymi przeczuciami i bólem. Po godzinie czekania na oddziale ratunkowym zostałam przyjęta i wysłano mnie na rentgen – jego wynik potwierdził moją własną diagnozę i obawy – złamany wyrostek łokciowy prawej ręki. Decyzja: zostać w szpitalu i czekać 2 dni na zabieg. Nie miałam innego wyjścia niż się zgodzić.
W czasie zakładania szyny rozkleiłam się i polało się wiadro łez. Poczułam się samotna i zdana na siebie i obcych mi ludzi. Przyjaciółka, u której mieszkałam przez ten czas akurat pojechała do domu i po moim telefonie skróciła wizytę i gnała, łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego, żeby mi pomóc – za co jej jestem dozgonnie wdzięczna. Na prawdziwych przyjaciół zawsze można liczyć! :)
Po przyjęciu mnie na oddział lekarz, który mnie przyjął na SORze, dał nadzieję na zabieg następnego dnia, zamiast czekanie 2-3 dni. Okazało się, że tak poprzestawiali zabiegi, że byłam pierwsza :)
Traumatyczne przeżycia związane z igłami zostawiam swojej niepamięci, nie będę się rozpisywać na ten temat.
Łokieć w czasie operacji został zespolony „drutami”, a na obecną chwilę rękę mam częściowo unieruchomioną w ortezie. Na nieszczęście cały wypadek dotyczy prawej ręki, ale jakoś sobie daję rady :)
Tylko szukanie pracy przeciągnęło się w czasie :( bowiem powrót do pełnej sprawności zajmie mi od 4-6 miesięcy.
Umknęło mi 5 dni zajęć, ale może to jakoś nadrobię.
Na pisanie bloga teraz nie mam kompletnej ochoty i rozważam zaprzestanie tej czynności…